Foggy ma fenomenalna zdolność
dostosowywania się. Prawie jak plastelina przybiera kształty takie,
jakie dłoń jej nada; Foggy niemal identycznie przystaje na warunki,
które mu dyktuje realne życie. Staje się wtedy – sobą – w
oczach innych – kimś innym – w swoich oczach.
Dlatego każde spotkanie z nim, bez
względu na to, kim on aktualnie jest, wiąże się u mnie z pewnym
osobliwym odczuciem. Gdy patrzę na niego i widzę, oczami wyobraźni
parząc, ale niemal tak, jakbym realne spojrzenie na niego kierowała,
że jemu się udaje ciągle wymykać. W niewiarygodnie sprytny sposób
udaje mu się za każdym razem wymykać z kadru, w jakim
rzeczywistość próbuje go utrwalić. Jak na fotografii, na której
chciałoby się uwiecznić jakieś zwierzę w ruchu na przykład, a
po wywołaniu kliszy okazuje się, że zwierze szybsze było, że
jego jakiejś istotnej części nie udało się ująć. Że uciekło
przed zarzucanymi na niego fotograficznymi okowami.
Wymykając się z kadru rzeczywistości
Foggi wymyka się jednak czemuś więcej, niż tylko uwiecznieniu
przez jej spojrzenie. Skutecznie w ten sposób unika konsekwencji
doświadczania skutków ubocznych jej nadużycia. Bowiem nadużycie
rzeczywistości, czyli bycie wtłoczonym w jej kadry, ramy ma swoje
bolesne skutki uboczne, prawie jak zespół abstynencyjne, których
Foggy postanowił już nigdy nie przeżyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz