poniedziałek, 16 stycznia 2017

Kadr

     Foggy ma fenomenalna zdolność dostosowywania się. Prawie jak plastelina przybiera kształty takie, jakie dłoń jej nada; Foggy niemal identycznie przystaje na warunki, które mu dyktuje realne życie. Staje się wtedy – sobą – w oczach innych – kimś innym – w swoich oczach. 
      Dlatego każde spotkanie z nim, bez względu na to, kim on aktualnie jest, wiąże się u mnie z pewnym osobliwym odczuciem. Gdy patrzę na niego i widzę, oczami wyobraźni parząc, ale niemal tak, jakbym realne spojrzenie na niego kierowała, że jemu się udaje ciągle wymykać. W niewiarygodnie sprytny sposób udaje mu się za każdym razem wymykać z kadru, w jakim rzeczywistość próbuje go utrwalić. Jak na fotografii, na której chciałoby się uwiecznić jakieś zwierzę w ruchu na przykład, a po wywołaniu kliszy okazuje się, że zwierze szybsze było, że jego jakiejś istotnej części nie udało się ująć. Że uciekło przed zarzucanymi na niego fotograficznymi okowami.
      Wymykając się z kadru rzeczywistości Foggi wymyka się jednak czemuś więcej, niż tylko uwiecznieniu przez jej spojrzenie. Skutecznie w ten sposób unika konsekwencji doświadczania skutków ubocznych jej nadużycia. Bowiem nadużycie rzeczywistości, czyli bycie wtłoczonym w jej kadry, ramy ma swoje bolesne skutki uboczne, prawie jak zespół abstynencyjne, których Foggy postanowił już nigdy nie przeżyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz